Z jednej strony oddanie się historii i tradycjom, z drugiej otwarcie się na nowoczesność i postęp- taki  jest Londyn i za to właśnie kochają go miliony ludzi na świecie. Kontrasty, które otaczają nas na każdym kroku, nadają mu niepowtarzalną atmosferę, której nie są w stanie opisać żadne zdjęcia ani słowa. Tuż obok wiekowych majestatycznych budowli, stoją nowoczesne budynki i wieżowce, wygląda to naprawdę przepięknie i awangardowo. Zawsze chciałam zobaczyć Londyn, dlatego wraz ze zbliżającym się końcem roku, uznaliśmy, że warto spełnić jeszcze jedno marzenie. Czasu nie mieliśmy dużo, dlatego nastawiliśmy się głównie na chodzenie- być może, biorąc pod uwagę rozpiętość miasta, nie było to zbytnio rozważne;p– nie mam pojęcia, ile właściwie kilometrów wybiło nam na liczniku, ale obuwie mocno to odczuło.
W tym miejscu lansuje się podejście do szeroko rozumianego życia na luzie, możemy to zaobserwować choćby w sklepie, miejscowych pubach, na ulicy, czy w zasłyszanej przypadkiem rozmowie. Wszystko to daje nam ładny obrazek i podsyca moją fascynację tym miejscem. Trochę brakuje mi tego na naszym polskim podwórku i wiecznie przejętych czymś twarzach. Marzę, żeby tam wrócić i zostać, choć odrobinę dłużej, po to, żeby jeszcze lepiej poczuć londyńską atmosferę.

Ułożyliśmy mapę z miejsc „priorytetowych”, które chcemy zobaczyć w pierwszej kolejności. Celów na mapie jak się okazało było znacznie więcej niż czasu, który i tak rozciągnęliśmy do granic możliwości. Mimo że nie dotarliśmy wszędzie tam, gdzie planowaliśmy, to i tak dużo zobaczyliśmy, spędzając miły i intensywny czas w angielskiej stolicy. Trasa skupiła się głównie na punktach turystycznych, które po prostu trzeba odhaczyć, będąc na miejscu. Jako że nie lubię podążać za tłumem turystów, mocno już wydreptanymi ścieżkami, starałam się wyszukać miejsca, które nie cieszą się tak olbrzymią sławą. Stąd tyle chodzenia! :)

West End — Obszar, który z jednej strony jest nastawiony na wydarzenia kulturalne, a z drugiej, celebruje nocne życie. Kolejny mega kontrast, który łączy różne epoki i narodowości w jednym miejscu. Chinatown, Trafalgar Square i National Gallery — główne punkty na mapie, znajdujące się w West Endzie, które postanowiliśmy obejrzeć w pierwszej kolejności. Zasoby Galerii Narodowej są imponujące, więc jeśli chcecie zobaczyć prace tych najwybitniejszych, to idźcie właśnie tam. Może akurat natraficie na kogoś, kto rozłoży przed obrazem sztalugi, lub usiądzie na ławce i będzie próbował przenieść na papier dzieło mistrza.

Następnie — Oxford Street– zasługuje tutaj na osobny akapit i to nie z tej przyczyny, że uważam to miejsce za coś niezwykle wyjątkowego. To właśnie tutaj, na widok tych wszystkich ludzi nacierających z każdej strony, dopadł mnie atak paniki i szału jednocześnie. Jak zachować spokój ducha, idąc, i jednocześnie stojąc w miejscu!? No dobra, kazali szukać plusów, coby się nie działo, tak więc i ja bardzo starałam się docenić, fakt, że zupełnie przez przypadek trafiłam w miejsce, tak chętnie odwiedzane, a na dodatek z historią. Ulica biegnie dokładnie wzdłuż dawnej rzymskiej ulicy — Tyburn Road, na której — ku uciesze tłumów- organizowano widowiska i maskarady. Obecnie jest to jedna z najbardziej zatłoczonych i przepełnionych dróg handlowych na naszym kontynencie. Ponad 300 sklepów? Wyobrażacie sobie? Ja do tej pory nie mogę zrozumieć, jakim cudem się tam władowałam.
Nieopodal, znajdowała się Carnaby Street, na której chcieliśmy się znaleźć i tam najwidoczniej straciłam swoją czujność (choć ludzi jakby mniej!), albo całkowicie straciłam głowę dla tych wszędobylskich, fenomenalnych światełek i ozdób, którymi ozdobiona była ulica, ponieważ, zgubiłam swojego towarzysza, zostałam bez gotówki, telefonu i adresu miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Uwierzcie, ludziom mojego wzrostu w takim tłumie, bardzo ciężko odnaleźć, kogoś, kto sam jest niedużo wyższy.

Harrods, który znajduje się w South Kensington, to olbrzymie centrum handlowe, pełne przepychu i stoisk, które w okresie świątecznym przyciąga całą masę ludzi. Niedaleko znajdują się muzea, które warto odwiedzić, tym bardziej że wstęp jest darmowy a zasób eksponatów tak imponujący, że przyprawia o lekki zawrót głowy. Zaszliśmy tam w drodze do Hyde Parku, gdzie znajdowało się wejście do Winter Wonderland. Było już ciemno, dzięki czemu kolory światełek w parku rozrywki były wyraźniejsze i efektowniejsze. Cała masa atrakcji, ale mało świąteczny klimat, mimo to, za grzane wino należy się plus! A tak poza tym, jak dla mnie trochę to za bardzo przereklamowane, zresztą byłam nastawiona stricte na zwiedzaniu Londynu, a nie zabawę w wesołym miasteczku.

Abstrahując od tematu, o tym, co warto zobaczyć w Londynie, gdyby komuś kiedyś przyszła ochota na poruszanie się po Londynie samochodem, to NIE RÓBCIE TEGO. Dla pieszych nie istnieją żadne znaki, pasy a światła na skrzyżowaniach coby się nie działo, są zawsze zielone.

Nie miałam na celu, utworzenia kolejnego przewodnika pod tytułem co zobaczyć w Londynie, chociaż jeśli goni was czas możecie się tym posiłkować. Chodziło mi bardziej, o podzielenie się subiektywnymi odczuciami, tak na dokładkę, bo wiem, że same zdjęcia, nie wystarczą. W następnym poście będzie między innymi o romantycznych spacerach brzegiem Tamizy i o TATE MODERN GALLERY.